poniedziałek, 12 listopada 2012

Rozdział 7

Starszy mężczyzna stał w cieniu drzew. Była północ. Człowiek w pewnym momencie usiadł i zaczął wykładać na ziemię swoją broń.  Nagle rzekł w stronę drzew:
-Dawno was tu nie było, przyjaciele... Czy Dereck czuje się dobrze?- uśmiechnął się ironicznie.
-Przyjacielu, nigdy nie czuł się lepiej!- obok mężczyzny zmaterializowała się kobieta. Rzuciła się w stronę szyi staruszka, jednak zamiast na ciepłą posokę, natrafiła twarzą na nóż. Rozległ się zgrzyt jakby ktoś darł kartkę papieru. W tym samym momencie ciemne pukle wampirzycy przestały być jej częścią... Mężczyzna powiedział cicho:
-Nie można tego powiedzieć o tobie, skarbie...-zaśmiał się, prawie niedosłyszalnie.
Poszedł w stronę małej chaty. Przez okno wyglądała twarz chłopczyka, który mógł mieć najwyżej dziesięć lat. Uśmiechał się. W kilka sekund później uśmiech spełzł mu z twarzy... Usiadł na krześle i się rozpłakał. Usłyszał krzyki ojca i chory śmiech napastnika. Po chwili wszedł pod łóżko i wyjął nóż oraz zapasowy pistolet ojca. Wyszedł przed dom i poszedł walczyć z mordercą jego taty...

Obudziłem się cały zlany potem. Dyszałem z przerażenia. Kiedy ostatnio śniła mi się scena śmierci mego ojca? Wspomnienia paliły mi mózg. Spojrzałem od niechcenia na zegarek, i jęknąłem ze złością. Była trzecia w nocy! Opadłem bezsilnie na łóżko i czekałem na sen. Po dłuższej chwili leżenia, stwierdziłem, że już dziś nie zasnę. Że też akurat dziś musiała mi się przyśnić jego śmierć! Dzisiaj odbywały się egzaminy semestralne. Nawet nie wiem, kiedy to wszystko zleciało. Nie licząc tego dziwnego dnia, w którym umówiłem się z Agnes i bójki z Veruccim, nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Nagle usłyszałem kroki. Bezszelestnie doszedłem do drzwi i je uchyliłem. Sand szedł z jakąś dziewczynką, wyglądającą na piętnaście lat. Przerażenie malowało się na jej ślicznej twarzy. Młoda zauważyła mnie i szepnęła:
-Pomocy...-łzy zakręciły jej się w kącikach oczu.
-Dobrze-odszepnąłem.
Kiedy minęli moje drzwi, wyszedłem i ruszyłem za nimi. Mężczyzna rzekł do niej:
-To twój wielki dzień, maleńka. Staniesz się jednym z nich!
-Moja siostra tu chodzi i kiedy się o tym dowie, zostanie pan zabity!
-Nie dowie się. Ona jest w trakcie ostatniego roku, tak?-Mała przytaknęła-Widzisz... Oni nie mają lekcji z wampirami w szkole, tylko w terenie. A ty posłużysz za worek treningowy dla pierwszego roku. Dyrektor nagradza tych, którzy przyprowadzają dużo wampirów. Tyle, że ja już dawno nie przyprowadzam ich z terenu. Podzielisz losy sióstr i braci dzieciaków z najstarszego rocznika. Zamienię cię w krwiopijczynię. I cóż, na pewno zginiesz w pierwszym starciu.-powiedział jadowitym tonem.
Przystanąłem zszokowany. Nie, to na pewno był sen! Trener nie mógł porywać rodzeństwa uczniów z ostatniego rocznika, by zamienić ich w wampiry! Biedne dzieci. Słyszałem, że wielu dorosłych nie przeżywa przemiany, a co dopiero ta mała! Zorientowałem się, że skręcili w korytarz prowadzący do piwnicy. Żaden z uczniów tam nie chodził, wszyscy się bali tego miejsca. Śmierdziało tu zgniłymi zwłokami. Do lęku przed wyglądem pomieszczenia dochodził ten smród. Zatkałem nos i ruszyłem dalej. Wyszedłem za róg i aż serce mi stanęło z przerażenia. Wampirzyca, cała we krwi, podeszła do dziewczynki, uśmiechając się obleśnie. Mała próbowała wyrwać się z silnych ramion nauczyciela, bez skutku. Sand szepnął do pijawki:
-Jeżeli zginie, jej krew należy do ciebie.
-A zginie na pewno.- drapieżny alt wydobył się z ust potwora. Była przerażająca.
Dziewczynka wrzasnęła:
-Pomocy! Ratunku!- usta zaryła jej śnieżnobiała ręka wampirzycy. W tym samym momencie wyjąłem nóż i pognałem w ich stronę. Wampirzyca spojrzała na mnie zdezorientowana:
-Co do...- nie dokończyła, bo wbiłem jej nóż w miejsce, gdzie powinno być serce. Uśmiechnęła się drwiąco. Jednak uśmiech zamarł jej na ustach, kiedy wyjąłem z klatki piersiowej nóż i odciąłem jej głowę. Sand wrzasnął:
-Co ty narobiłeś, głupcze! To był sposób na premię!-wyjął pistolet z kabury. Jednak nie zdążył strzelić, bo uderzyłem go w twarz z całej siły. Nieprzytomny, upadł na ziemię. Spytałem się dziewczynki:
-Czy wszystko w porządku?
-Tak-odrzekła cicho
-Jak się nazywasz? Jestem Victor.
-Violett, dziękuję za wszystko.-uśmiechnęła się blado.
-To był mój obowiązek. Chodź, zaprowadzę cię do siostry.
Ruszyliśmy. Violett była bardzo roztrzęsiona, oglądała się za siebie z lękiem. Uspokajałem ją:
-Spokojnie, jeszcze długo tam poleży. Spokojnie..
Zaprowadziłem ją do pokoju siostry, która spojrzała na mnie jak na wariata, i zamknęła drzwi, zaraz po wejściu małej do środka.
-To tak się teraz dziękuje za uratowanie życia rodzonej siostrze?!-szepnąłem  rozzłoszczony i poszedłem do pokoju. "Te dziewczyny!" dodałem zirytowany w myślach.

wtorek, 6 listopada 2012

Rozdział 6

Pół dnia nie mogłem wytrzymać na zajęciach. Lekcje z panią Narrow były tak łatwe, że od razu po obiedzie poszedłem do siebie. Rzuciłem się na łóżko i zastanowiłem się nad sensem tej sytuacji. Przecież mogę polować sam! - pomyślałem. Chociaż może nie dam rady bez wsparcia, ale po co mi teorie! Wiem wystarczająco dużo jak spowolnić i jak zabić wampira. Ale w sumie co mi to szkodzi? Jeszcze kilka miesięcy i spadam. A co do Agnes.. Widziałem jak wpatrywała się we mnie na lekcji. Może uciekniemy razem? To w sumie byłoby możliwe, ale jeszcze nie teraz. Sprawdziłem plan zajęć. Jutro mam z Sandsem. Może Agnes też tam będzie? Byłoby ciekawie.
Z zamyślenia wyrwało mnie cichutkie pukanie do drzwi.
- Hej, mogę wejść? Tu Agnes. - Heh, o wilku mowa - szepnąłem do siebie.
- Jasne, wejdź - rzekłem.
Kiedy jej drobna postać przeszła przez drzwi po chwilowym zastanowieniu stwierdziłem, że ona nie jest piękna. Jest olśniewająca. Jej czarne loki spadały na smukłe ramiona, a zielone oczy wręcz błyszczały w ciemnościach. - Wow- szepnąłem.
- Ehm, mówiłeś coś? - spytała.
- Eee, nie, nic takiego - powiedziałem zawstydzony - Skąd w ogóle wiedziałaś, że mieszkam w tym pokoju?
- Widziałam jak do niego wchodzisz. - odparła.
- Usiądź- zaproponowałem wskazując krzesło. Sam szybko przemieściłem się na skraj łóżka.
- Dzięki. Wiesz no, chciałam cię spytać... Czy nie poszedłbyś ze mną po egzaminach za bramę?
- Eee, a ona nie jest przypadkiem chroniona? - wymigałem się. Nie byłem pewien czy jestem gotów być z nią sam na sam.
- W noc po egzaminach strażnicy mają wolne. Moglibyśmy się przejść na małą schadzkę.
- Jasne, czemu nie. - odparłem. Ale miałem jedną wątpliwość... Kiedy chciała już wyjść zapytałem się:
-A będzie jeszcze ktoś?
- Kilka osób chciało iść. Ale wątpię, żeby mieli czas.
- Hmm. A gdzie tak dokładnie pójdziemy?
- Pójdziemy do parku, może coś jeszcze wymyślimy.
- Ok. To do jutra. - W końcu i tak przystałbym na tę propozycję.
- No to jesteśmy umówieni. Jutro mamy razem lekcję - rzuciła i wyszła.
Jeszcze chwilę patrzyłem na drzwi, którymi wyszła. Zastanawiałem się, czy aby nie dokonałem czegoś, czego będę żałował. Jest w niej coś mrocznego. Jednak w moim przypadku nie wypadało odmówić.
                               *                           *                           *
   Następnego ranka postanowiłem przejść się po dziedzińcu. Było gorąco, choć to był dopiero ranek. Usiadłem na schodach i zacząłem rozmyślać o Agnes. Dziwne było, że to ona zaprosiła mnie, a nie ja ją. Może powinienem z nią porozmawiać? Z zatłoczonych myśli wyrwało mnie stanowcze chrząknięcie. Już miałem się odwrócić gdy jakaś twarda pięść przejechała mi po policzku. Natychmiast odparowałem cios i trafiłem tego kogoś w brzuch. Rozpoznałem, że to był chłopak. Kiedy chciałem mu się dokładnie przyjrzeć rozpoznałem go. To był Verucci.
- Hej stary, co ty kurde robisz?!- krzyknąłem z furią.
- Odwal się od Agnes!- warknął.
- To, że mnie lubi, nie znaczy, że masz mnie walić!
- Ona jest moja!!! I tylko moja! Zobaczysz, że jeszcze się z nią...- i jego tłuste cielsko runęło na podłogę. Podczas tej kłótni nie zauważyłem coraz większej grupki gapiów, która zebrała się wokół nas.
-...policzę- dodała Agnes. W ręku trzymała kij od bejsbola, z aluminium.
- Dzięki- odparłem a ona pomogła mi wstać.
- Spoko Viktor.Temu baranowi trzeba było pokazać, gdzie jest jego miejsce.